Galeria

więcej

Politechnika po wojnie

Profesor Zdzisław Gergowicz, który w 1945 roku był asystentem w Katedrze Geometrii Wykreślnej wspominał: „Mam mocno zakodowane w pamięci, że fakt odgórnie i urzędowo narzuconej symbiozy Politechniki z Uniwersytetem przyjąłem bez głębszego przekonania i wewnętrznego zadowolenia. Nie podobało mi się zwłaszcza, że nazwy obu uczelni uporządkowane zostały niezgodnie z alfabetem. To przecież wyraźnie oznaczało pierwszoplanową pozycję Uniwersytetu i spychało Politechnikę do roli ubogiej krewnej”.

Na tablicy ktoś podkreślił kredą: „Pierwszy polski wykład”. Poniżej napis „Politechnika Wrocławska” i data 15.XI.1945 r.

Wszystko wielkimi, dobitnymi literami i cyframi. Przed tablicą stoi dwudziestu mężczyzn w garniturach, o poważnych twarzach; na pierwszym planie profesor Kazimierz Idaszewski. Mają twarze w półcieniu, światło w sali 305 wpada z lewej strony.

Za chwilę, o godz. 9.30 profesor Idaszewski poprowadzi wykład dla studentów czwartego roku oddziału elektrycznego Wydziału Mechaniczno- Elektrotechnicznego. Nie jest to okolicznościowa prelekcja, ale prawdziwy wykład, pierwszy polski na restytuowanych wrocławskich uczelniach.

Dlaczego akurat 15 listopada, skoro regularne zajęcia na uczelniach rozpoczęły się w poniedziałek 19 listopada? Raczej nie chodziło o to, że tego dnia przypadała rocznica inauguracji niemieckiej XVIII-wiecznej Akademii Leopoldyńskiej we Wrocławiu. Także 15 listopada, ale 1877 roku we Lwowie ruszyła poprzedniczka Politechniki Lwowskiej – Cesarsko-Królewska Szkoła Politechniczna, która przez lata była jedyną wyższą szkołą techniczną na świecie z wykładowym językiem polskim. Prawdopodobnie do tej daty nawiązywał profesor Idaszewski.

Historyczny moment utrwalony na czarno-białej fotografii stał się symbolicznym początkiem polskiej nauki w powojennym Wrocławiu i do dziś obchodzony jest jako wrocławskie Święto Nauki.

historia5

Kiedy w listopadzie’45 ruszyła rekrutacja, na Politechnikę zapisało się 512 osób. Miały do wyboru cztery wydziały: chemiczny, mechaniczno-elektrotechniczny, budownictwa i hutniczo-górniczy.

O ile niełatwo było skompletować kadrę akademicką, o tyle studentów nie brakowało. „Zawsze marzyłem o politechnice, a szanse powołania jej w Krakowie nie były pewne. Było natomiast wiadomo, że we Wrocławiu politechnika była, a rektor Kulczyński zapewniał nas, że jak ją odbudujemy, to znowu będzie. Nie było co się zastanawiać. Czułem się zresztą zaszczycony, że mnie, młodego chłopaka, zechciano zabrać do Wrocławia, abym pomagał moim przyszłym profesorom w uruchomieniu uczelni”, wspomina Edward Włodzimierz Mielcarzewicz, najmłodszy uczestnik Grupy Naukowo-Kulturalnej. „Ci, którzy pozostali w Krakowie, prorokowali, że wnet wrócimy, bo na pewno oddadzą Wrocław Niemcom, a granica będzie co najwyżej na Odrze. Mimo to pojechałem. Najważniejsza była chyba zapowiedź wielkiej przygody. Nie bez znaczenia była też chęć uniknięcia kontaktów z krakowską bezpieką”, dodaje. Miał 20 lat, gdy 10 maja 1945 roku przyjechał do Wrocławia z pierwszą grupą pionierów.

Młodzi ludzie trafiali tu z różnych stron. „Zbiorowisko studenckie było nieprawdopodobnie zróżnicowane. Pamięć o przeszłości musiała być tak silna, a nieufność na tyle obecna, że nikt nie opowiadał o swoich przeżyciach z nieodległych czasów wojny”, wspomina Michał Jadczyk.

Dane z marca ’46 pokazują geograficzne pochodzenie studentów Uniwersytetu i Politechniki we Wrocławiu, należących do Bratniej Pomocy. 26 proc. to „repatrianci ze wschodu”. 13,1 proc. reprezentowało województwo warszawskie, 9,1 krakowskie, 8,5 kieleckie, 8 łódzkie, 7,5 poznańskie, 6 górnośląskie, 5,5 pomorskie, 5 rzeszowskie, 4,6 lubelskie, 3,7 białostockie, a 3 procent przyjechało „z zagranicy”. Wielu studentów politechniki zamieszkało w blokach na ulicach Kotsisa i Stanisławskiego na Biskupinie; w pierwszych latach po wojnie tamtejsze mieszkania służyły za akademiki.

„Wybór Wrocławia spowodowany był fascynacją ziemiami zachodnimi, zwanymi też ziemiami odzyskanymi. Niemały wpływ na podjęcie takiej decyzji miało radio Wrocław, dobrze słyszalne w mojej Częstochowie. Zespół wrocławskiej rozgłośni skutecznie propagował wtedy walory Dolnego Śląska i jego stolicy”, wspomina Jan Pytel z Wydziału Elektrycznego.

W pierwszym roku akademickim na Politechnice studiowało 50,9 proc. osób o pochodzeniu inteligenckim i 37,5 proc. o pochodzeniu robotniczo-chłopskim. Wielu studentów to roczniki sprzed 1914 roku i urodzeni w latach 1914-1920, a więc ci, którzy kontynuowali studia rozpoczęte przed wybuchem wojny.

historia6

Barbara Zapaśnik z Wydziału Mechanicznego: „Po okrutnej wojnie, która zabrała nam dzieciństwo, pozbawiła domów rodzinnych, a czasem i rodziców, potrzebowaliśmy nadziei i wiary, że marzenia możemy zrealizować. Szanse na to dawały studia na Politechnice Wrocławskiej, która przecież przejęła tradycje i wykładowców prestiżowej uczelni II RP – Politechniki Lwowskiej”. Właśnie na Politechnice Lwowskiej rozpoczynał studia Kazimierz Mściwujewski, pierwszy absolwent Politechniki Wrocławskiej. Na jego dyplomie widnieje data 10 kwietnia 1946.

Pierwszej akademickiej zimy sale były lodowate. 8 stycznia 1946 profesor Włodzimierz Trzebiatowski zanotował: „Niniejszym komunikuję, że temperatura w audytorium chemicznym utrzymuje się w dalszym ciągu na minus 11 stopni, gdyż kaloryfery zamarzły”.

Na wykładach siedziało się w kożuchach i rękawiczkach. Siedziało na parapetach, ławkach, na krzesłach wynoszonych z innych sal. W tym samym miesiącu dziekan Józef Zwierzycki tłumaczył: „Ćwiczenia z chemii zostaną uruchomione z chwilą doprowadzenia wody i gazu do budynków Politechniki. Rysunki techniczne rozpoczną się, gdy zostanie ogrzana jakaś większa sala”.

Jeden z pierwszych studentów, Edward Włodzimierz Mielcarzewicz: „Brakowało wszystkiego: zeszytów, tuszu, podręczników, skryptów; wymagania wykładowców zaś wcale nie były ulgowe. Pamiętam że wraz z kolegą Stasiem Mazurem, który chodził na wykłady w mundurze podchorążego, skutecznie szturmowaliśmy Urząd Likwidacyjny ds. Likwidacji Mienia Poniemieckiego, aby dostać dla kolegów naszego roku brystol, kalkę techniczną, tusz. Skrypty pisaliśmy i wydawaliśmy sami na powielaczu. Po prostu na podstawie kilku dobrze prowadzonych notatek zespół studentów pisał skrypt. Profesor go przeglądał, poprawiał, autoryzował, a potem przepisywało się go na matrycy i powielało. Do niektórych przedmiotów, np. z teorii mostów, przygotowywaliśmy się z książek niemieckich”.

Wróć
Smiley face

Patroni

mnisw
umwd
duw
um