Galeria

więcej

Osiągnięcia w czasach PRL

Współpracowaliśmy też z ówczesnym górnictwem jugosłowiańskim – ośrodkiem w Belgradzie i w Tuzli, a także z krajami byłego ZSRR. Nasi studenci zaczęli jeździć m.in. do RFN-u i Finlandii, a potem pojawiły się tzw. „fellowshipy”, czyli stypendia w ośrodkach górniczych Anglii, Holandii i Austrii.

Miałem szczęście do zagranicznych wyjazdów, bo dosyć dobrze znałem język niemiecki. W 1966 roku byłem na praktyce w Gelsenkirchen w Zagłębiu Ruhry – wspomina dr Glapa. – Pamiętam, że był to dla mnie wyjazd do zupełnie innego świata. Praktyki trwały trzy miesiące, byłem tam zatrudniony na normalnych warunkach. Wynagrodzenie pracującego studenta wynosiło 400 zachodnich marek, co znaczy, że można było kupić sobie używanego garbusa. Ja jednak wolałem podróżować, po dwóch miesiącach wziąłem bezpłatny urlop i autostopem objechałem kraje Beneluksu i Francję. Prawdopodobnie byłem pierwszym studentem z demoludów, który odbył praktykę w niemieckim górnictwie. Co zostało nawet odnotowane w gazecie Frankfurter Allgemeine Zeitung. Przyznam, że bałem się trochę, czy z powodu kontaktu z zachodnimi mediami nie spotkają mnie jakieś nieprzyjemności w Polsce. Całe szczęście nic się nie wydarzyło.

191_preview

Profesor Kazimierz Banyś pierwszy raz służbowo wyjechał w 1963 roku, już nie jako pracownik Politechniki Wrocławskiej. – Pamiętam wylot na wystawę maszyn budowlanych do Paryża w 1963 roku, na lotnisku Le Bourget. To było wielkie wyróżnienie, grupie przewodniczył minister budownictwa. Chodziłem i podpatrywałem te piękne i nowoczesne maszyny, o jakich nam się tu w Polsce nawet nie śniło. Efekt tego wyjazdy był taki, że po powrocie udało mi się opracować pięć projektów nowych maszyn, wzorowanych na tych zachodnich. Swoje doświadczenia z tej wystawy zaprezentowałem oczywiście kolegom z Politechniki.

Z kolei profesor Eugeniusz Rusiński wspomina, że w „okresie gierkowskim” uczelnia szerzej otworzyła się na świat. – Pojawiło się więcej możliwości wyjazdów, głównie do NRD, Czechosłowacji, Jugosławii czy na Węgry. Niektórym naukowcom udawało się nawet wyjechać do Austrii i Włoch. Co prawda pod względem najnowszych ówczesnych technologii byliśmy znacznie do tyłu, ale trzeba przyznać, że od strony naukowej byliśmy bardzo dobrze przygotowani do zawodu inżyniera. Mieliśmy gruntowne podstawy z fizyki, matematyki, budowy maszyn i elektroniki. Jeżeli nasi studenci czy inżynierowie wyjeżdżali za granicę, to bardzo szybko okazywało się, że świetnie dają sobie tam radę.

Profesorowi Władysławowi Walkowiakowi udało się w 1975 roku wyjechać na 8-miesięczny staż do Lexington na Uniwersytet Kentucky. – I to był mój pierwszy zagraniczny wyjazd naukowy. Tam pracowałem pod kierunkiem profesora Roberta Grivesa, rozszerzając moje zainteresowania naukowe z obszaru flotacji jonowej. Zostałem oczywiście zaproszony przez profesora, bo w owych czasach to była jedyna możliwość wyjazdu. Dotarły do niego moje prace napisane wspólnie z profesorem Witoldem Charewiczem. Cały pobyt był finansowany przez niego. Wtedy nie było mowy, żeby to robić w inny sposób. Pojechałem i byłem jedynym człowiekiem z Europy Wschodniej odbywającym staż na tym uniwersytecie!

133_preview

Ośrodek Badań Prognostycznych powstał na Politechnice Wrocławskiej w 1971 roku. Była to odpowiedź na rozwój nowej gałęzi nauki – prognostyki. Działał do 1989 roku.

Znajomość języka angielskiego opanował w Studium Języków Obcych PWr. – Tak naprawdę tam poznałem tylko podstawy, resztę szlifowałem na płatnych kursach poza uczelnią i w praktyce. Jakoś od razu zrozumiałem, że jeżeli chcę być chemikiem, to muszę znać ten język, bo zdecydowana większość znaczących prac jest właśnie po angielsku. Pamiętam taką historię z profesorem Albinem Czernichowskim, kiedy profesor Trzebiatowski wezwał go do siebie i zapytał, czy nie zechciałby pojechać na staż naukowy do Francji. Oczywiście, że chciał, chociaż nie znał francuskiego. Przez kilka miesięcy więc intensywnie się uczył. Wszędzie, gdzie przebywał, zawieszał karteczki z francuskimi zwrotami i tak wbijał je sobie do głowy.

Wyjazdy zagraniczne w tamtych czasach wiązały się z możliwością wzbogacenia dorobku naukowego w postaci zagranicznych publikacji naukowych. – Równie ważny był czynnik ekonomiczny – zauważa profesor Walkowiak. Ze Stanów wracało się z dolarami, których kurs w stosunku do naszej złotówki był wysoki. Teraz doktorantom czy też młodym pracownikom naukowym nie chce się jeździć tak daleko, bo koszty pobytu są zdecydowanie wyższe niż kiedyś.
Bez wątpienia w Polsce nie działo się wtedy najlepiej, ale wyjazdy zagraniczne dawały możliwość pooddychania nieco innym powietrzem – podsumowuje dr Wojciech Glapa.

Iwona Szajner (tekst pochodzi ze specjalnego wydania Pryzmatu, czasopisma Politechniki Wrocławskiej)

 

Wróć
Smiley face

Patroni

mnisw
umwd
duw
um